niedziela, 16 kwietnia 2017

zakochałem się..


w posiadaniu.
posiadaniu wszystkiego - tak można to ładnie nazwać.

nauczyłem siebie samego kochać mieć.
i nie, to nie jest zdrowe.
to jest cholernie zatruwające i paskudne uczucie.
chęć posiadania nowego gadżetu, nowego 'ciuszka' czy nowej 'duszy' do opętania.
naprawdę to polubiłem.

to uczucie, że masz coś nowego jest cudowne.
wyobraź sobie, że właśnie dostajesz mega zajebisty NOWY smartphone.
jak z Twoimi uczuciami?
też czujesz, że możesz wszystko, że świat stoi otworem, że ludzie Cię polubią?
nie? nie masz tak?
cholera, czyli jednak jesteś zdrowy na umyśle.

chęć, wręcz nieodparta chęć, żeby coś mieć jest straszna.
ciągle pojawia się coś nowego.
ciągle pojawia się ktoś nowy.
chcesz tego coraz mocniej i nienawidzisz faktu, że ktoś mógłby mieć to przed Tobą lub poza Tobą.
zaczynasz kupować, zaczynasz zbierać, zaczynasz udawać.
tylko po to, żeby mieć, żeby być w końcu kimś.

często mówi się / pisze się, że "posiadanie" czegoś w taki niezdrowy dla siebie sposób jest pewnego rodzaju ucieczkę od prawdziwych problemów lub ich tuszowaniem,
podobno jest to coś, co pozwala poczuć, że mamy nad czymś kontrolę - bądź nad kimś.
powszechnie też wiadomo, że zdecydowana większość z nas lubi mieć kontrolę, 
więc to by wyjaśniło to zjawisko w pełni.

nie umiemy być sami ze sobą.
nie szanujemy się tak, jak powinniśmy.
nie szanujemy innych.
nie doceniamy w sumie niczego co mamy.
kochamy rządzić, mieć Moc i Władzę.
uwielbiamy, kiedy wszystko idzie zgodnie z NASZYM planem.


czwartek, 13 kwietnia 2017

after what?

dziś, a właściwie tego dnia, kiedy to piszę, mija dokładnie cztery lata od niżej udostępnionego postu.
jedno wielkie WOW przesuwa mi się po głowie i nie bardzo wiem co o tym wszystkim myśleć.
halo, to w końcu cztery pieprzone lata.


cztery lata, a ja czasem mam wrażenie, że stoję sobie trochę w tym samym miejscu.
obracam się wśród tych samych twarzy, tych samych sytuacji i wiecznie jednakowych problemów.


pytanie: jak to?
przecież skończyłem szkołę,
miałem swój gap year za granicą,
poznałem nową kulturę i 'ugryzłem' nowy język,
poznałem ludzi z różnych zakątków świata,
poszedłem do pierwszej, co prawda małej, ale własnej pracy,
nauczyłem się trochę bardziej z dystansem podchodzić do siebie,
podjąłem studia w mieście, w którym nigdy nie chciałem wylądować
i co najdziwniejsze ciągle i ciągle szukam tego sensu, tej nutki, tej nici,
która mogłaby stać się łącznikiem między tym co czuję, co robię i co chcę robić.


czy były to zmarnowane 4 lata?
pozostaje na to tylko jedna odpowiedź, a brzmi ona "tak i nie".
bowiem wszystko zależy od tego, jakie podejście sobie wybiorę.


i tak zakochałem się w pozytywnym życiu, pełnym energii, działania, bycia kimś, bycia miłym i dobrym człowiekiem, robienia dobrych uczynków, by po chwili zrozumieć wielką bezsensowność tego wszystkiego, gdy stało się narzuconą domeną dzisiejszego świata.


pokochałem motyw "nie znasz się, nie komentuj", by po sekundzie móc znów żałośnie oceniać siebie i innych na podstawie własnych niespełnionych dążeń i "zacofanego myślenia".


polubiłem próby emocjonalnego przywiązywania się do człowieka, by za chwilkę odwrócić się od niego bez słowa i wrócić do stanu "zimnej dzikości".


zauroczyłem się życiem "w skorupie", żeby dwa dni później błagać świat o tą pieprzoną uwagę, która jest dziś wyznacznikiem życia i bycia.


nauczyłem się rozumieć otaczający mnie świat, by po tygodniu przekonać się, że nigdy go tak naprawdę nie zrozumiem.


zrozumiałem, że warto mieć cel i dążyć do niego, cieszyć się tym, by w chwili braku motywacji i zwątpienia odpuścić sobie wszystko i osiąść na następne miesiące.


ogarnąłem, że jeśli sam się za siebie nie wezmę to nikt inny tego nie zrobi, by niedługo potem dojść do wniosku, że opinia społeczna jest często warta więcej niż ukochane McFlurry.


hmm, może rzeczywiście te 4 lata nie poszły jednak na marne.